Adam Kornacki to jeden z najpopularniejszych prezenterów motoryzacyjnych w Polsce. Gdy tylko dowiedziałem się, że w 1991 roku wraz ze swoją ekipą nagrali pełnometrażowy film deskorolkowy, postanowiłem zadać mu kilka pytań związanych z deskorolką. Okazał się o tyle miły, że nie tylko z chęcią odpowiedział na pytania, ale podesłał również trochę archiwalnych zdjęć.

Kiedy i w jakich okolicznościach pojawiła się w Pana życiu deskorolka? Pamięta Pan jakiej firmy była to deska? Miał Pan swoje ulubione firmy i filmy deskorolkowe?
Pierwszy był tzw. Roller, czyli rybka w połowie lat 80-tych. Oczywiście po obejrzeniu filmy „Powrót do przyszłości” czepialiśmy się na osiedlu każdego autobusu, Żuka czy osobówki, żeby przez chwilę chociaż poczuć prędkość na wąskiej i chybotliwej desce. Nie obyło się bez dzwonów i wielu otarć, a asfalt w naskórku zaczął bywać właśnie wtedy. A tak poważnie potem w 1988 roku pojawiły się pierwsze szerokie „Tajwany” Kupiłem takiego na Stadionie 10- lecia. Ani to nie jeździło, ani nie skakało. Było kolorowe i szpanerskie, ale próby pierwszych trików okazały się bezskuteczne. Potem pojawił się pierwszy skateshop w Grzybkach przy Rondzie Wiartaczna na Grochowie. Nie można było tam kupić sprzętów amerykańskich, ale ktoś wpadł na genialny pomysł sprowadzania desek i akcesoriów niemieckich (Titus, Munser, Klaus Grabke, te sprawy…:) I to był mój pierwszy deck z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze z trackami, łożyskami i kółkami z Tajwana, ale to już było coś, na czym dziabnąłem moje pierwsze ollie. I tak jechałem sobie ulicą Smolną w dół na angielski, aż zaczepił mnie gość i spytał, czy w Polsce są skejci i czy jest zapotrzebowanie na sprzęt, bo on chce otworzyć sklep – prawdziwy SK8Shop. I wkrótce otworzył. Ten na Smolnej. Sam pomagałem rozładowywać pierwszego TIRa. Dostałem za to parę naklejek Vision Street Wear i byłem szczęśliwy. To był chyba rok 1989.

Z jaką ekipą Pan jeździł i na jakich miejscówkach? Jakiś trik Pana lub kogoś z Pana ekipy zapadł Panu szczególnie w pamięci? Pamięta Pan może swój ulubiony trik?
Najwięcej upalałem u nas na osiedlu na Grochowie, czyli Majdańska, Igańska. Głównie z kumplami z klasy i szkoły podstawowej z Fundamentowej. Jeździliśmy caluteńkie dnie. I straszny robiliśmy hałas pod oknami mieszkańców. I jakoś nikomu to wtedy nie przeszkadzało. Zaczynaliśmy od razu po szkole, a kończyliśmy ok 21. Wystarczała butelka oranżady i kajzerka. Ale w sumie nie pamiętam czy wtedy w ogóle coś się jadło… Piło się za to wodę z hydrantu. W końcówce mojej podstawówki na wspomnianych lekcjach popołudniowych języka angielskiego na Smolnej poznałem Jinxa. To był już wytrawny skater, a ja byłem w końcowej fazie Tajwana. To on pokazał mi miejscówki pod KC, Capitolem i Witosem. Niewiele wówczas umiałem, ale już podpatrywałem tych lepszych. I katowałem potem na osiedlu ile wlezie. Żeby im dorównać. Gdy byłem w liceum, przeprowadziliśmy się na Saską Kępę i zacząłem śmigać z kolegami z LO im. Mickiewicza: Łukiem i Wojtkiem. I zdobywałem kolejne miejscówki. Wtedy właśnie w 1991 nagraliśmy film NOW! I to był absolutny sztos realizacyjny, montażowy i reżyserski. Oczywiście nie mój. Ja tylko jeździłem. Mój ulubiony trick, to zdecydowanie ollie impossible. Nauczyłem się go całkiem nieźle! Poza tym ollie przez 5 decków, kickflip i 360 kickflip.

Co najlepiej wspomina Pan ze swojej przygody z deskorolką? Wpłynęło to jakoś na Pana życie (mam tu na myśli inne spojrzenie na architekturę miasta, przełamywanie się, kreatywność itp.)?
Deska to był naprawdę kawał mojego młodzieńczego życia. To dla niej zrezygnowałem z gry w zespole na basie, choć gdy miałem zaledwie 13 lat, byliśmy czołówką sceny thrashmetalowej w Warszawie. To był zespół Crodor, a graliśmy nawet przed Vaderem w kultowym klubie Park. Deska okazała się ważniejsza. Muzyka łączy mnie mocno z Arkiem Stępniem, zwycięzcą pierwszych otwartych MP w skateboardingu w Pałacu Młodzieży, która ja oglądałem z trybun, bo złamałem nogę podczas dni rozgrzewkowych. Widzieliśmy się z Arkiem ostatnio na imprezie w Ożarowie Mazowieckim i gadaliśmy, jakby to znów był 1991 rok. Pewne cechy się nie zmieniają. Jesteśmy takimi samymi wariatami jak wtedy. Deska nauczyła mnie konsekwencji, ale i pokory, bo jak widać kontuzji też nie brakowało. Po latach musiałem przejść skomplikowaną 7-godzinną operację kolana wyniszczonego przez tysiące upadków i przeciążeń. I obiecałem sobie, że wyrehabilituję to kolano tak, żeby przebiec maraton. 12 lat temu, gdy miałem 39 lat zrobiłem to. Szykowałem się rok. I dopiąłem swego. 42km 190m były moje! To właśnie sprawiła owa skateboardowa konsekwencja i wytrwałość w dążeniu do celu. Deksorolka lat 80 i 90 to była również sztuka kreatywności. Mieliśmy z 3 filmy na kasetach VHS, które krążyły po osiedlu i z nich uczyliśmy się figur. Czasami nawet nie wiedzieliśmy jak się nazywają, po prostu próbowaliśmy je odtworzyć w naszych warunkach. Bez skateparków, czy jujuba. Czysty street.

Po latach miał Pan kiedyś okazję znów spróbować jeździć? Myśli Pan, że udałoby się zrobić jakiś trik teraz? Może pokazywał Pan deskorolkę swoim dzieciom?
Po latach… oj tak wiele lat minęło. Bardzo rzadko staję dzisiaj na desce. Choć mam jeszcze 6 kompletnych decków w garażu. Jeden obdrapany z „tamtych czasów” też się ostał. Kupiłem niedawno nowego decka Toniego Hawka, bo… zawsze o takim marzyłem, a nie było mnie stać. I to wystarczy. Ale kiedy mój starszy syn zapytał, czy zrobię jeszcze coś na desce – trzepnłąem kickflipa za pierwszym razem na betonie pod domem przy garażu. No… był w szoku. Więc coś tam jeszcze ogarniam, ale rekordów już bić nie będę. Dwa decki w barwach zespołu Misfits wiszą na moją perkusją w sali prób – to prezent od Brata, który wie ile deska dla mnie znaczy. Więc choć może mniej aktywnie, kulturze skateboardingu na pewno nie mówię nie. Wspaniałe miejsca, wspaniali ludzie, mnóstwo ruchu i szkoła charakteru. W tych słowach podsumowałbym moje życie z dechą.
